logo

Zawady Oleckie

Pierwszy, drugi, trzeci… po siódmym przestałam liczyć. Bociany w gniazdach i na horyzoncie: tam, gdzie niebieskie niebo łączy się z zieloną łąką. Niebo było tego dnia bez chmur. W miejsce, gdzie nie tylko szybują bociany, ale żurawie krzyczą na polach, łąki są pełne poziomek, a słowiki dają czadu (wieś jak z obrazka, napisali w Vivie) jechałam w maju. W jeden z najdłuższych dni w roku. Kiedy ja liczyłam bociany i cieszyłam się z tego bezchmurnego nieba bohater tego tekstu Robert Maluchnik powiedział w Zawadach Oleckich do swojej żony Anny: -Szkoda, że nie pada deszcz.

Nie chodzi o tęczę, która by się po tym deszczu pojawiła (tęcze w Zawadach są podobno wyjątkowe). O co chodzi dowiaduję się za chwilę, kiedy siadamy z gospodarzami w wiacie, zrobionej z byłej stodoły, naprzeciw niebieskiego domu gospodarzy (Anna Maluchnik: -To dokładnie kolor bzowy.) Dom ma też seledynowy ganek i okiennice. W seledynowych okiennicach wmontowane są kraty, ale te kraty nigdy nie zostały użyte, bo jak mówią gospodarze: -Nigdy nie wyjechaliśmy stąd na tyle, by je zamykać.

Przy wejściu do ich niebieskiego domu wstawione są metalowe drzwi. Robert: -Też się nie przydały. -To był czysty przypadek, a nie plan ta przeprowadzka tutaj. To nie było tak, jak mają niektórzy ludzie: wymarzą sobie niebieski dom i seledynowy ganek – mówi Anna. Niedaleko wiaty, w której siedzimy stoi inny budynek, pomalowany na turkusowo. Anna ma na sobie błękitne spodnie i niebieskie ogrodowe buty. Robert seledynową bluzę i zielone kalosze. Gdy zaczynamy rozmawiać dowiaduję się, że z tym deszczem – to chodzi o czas.

Jeśli tego dnia w Zawadach Oleckich by lało Robert Maluchnik nie niepokoiłby się, że mógłby w tym czasie coś zrobić i że się z czymś nie wyrobi. Tu w Zawadach cały czas coś na niego czeka, a czas goni. Robert: – Jak się nie porąbie drewna i nie wysuszy na czas to nie będzie czym palić w zimę w piecu. Jak się nie skosi trawy na czas – będzie za długa, by ją mógł ściąć nasz traktor i będzie problem, a jak nie zrealizujemy zamówienia w naszej Galerii Wiejskiej, to w ogóle będziemy niepoważni… Nie mówię pani tego, żeby panią wyganiać, ale żeby pani powiedzieć, jak tu jest. 

Anna: -Tu jest tak, że jak ja usiądę, czy się położę – nigdy nie mam poczucia, że ja to robię z czystym sumieniem. Cały czas mam w głowie, że coś jest do zrobienia. Ważnego i na czas. Bo tu są właśnie takie cykle, które trzeba zachować: jak się nie zdąży posadzić w ogródku w odpowiednim czasie cukinii to jej nie będzie do jedzenia… i takich rzeczy jest mnóstwo. I nie ma tak, że możesz tu usiąść i cieszyć się, że wszystko jest zrobione. Nigdy tak nie usiądziesz. Robert Maluchnik: -Tu na wsi mówi się o tym tak: „Roboty się nigdy nie przerobi”.

*

Ci, którzy mieszkali w Zawadach Oleckich i okolicy przed wojną też pewnie mieli problem, by robotę przerobić. W latach 30-tych Niemcy, którzy się tu osiedlali, budowali swoje domy, drogi, linie elektryczne, młyny, cegielnie, tartaki, gorzelnie, mleczarnie, czy tak jak w Kowalach Oleckich – odlewnię żeliwa. Przesiedleńcy, czyli także ci, którzy wybudowali dom Anny i Roberta Maluchników w Zawadach, dostawali – podobno – od Hitlera niezłe pieniądze, by tu osiąść. W 1938 władze hitlerowskie zmieniły nazwę wsi na Schwalgenort

We wsi Zawady Oleckie mieszkało wtedy 340 osób. W czasie wojny gmina Kowale Oleckie, do której przynależą Zawady, w zasadzie nie ucierpiała: w całej gminie zostało zniszczonych kilkanaście budynków. W styczniu 1945 roku ziemie wokół Kowali zostały wyzwolone przez oddziały radzieckie. Akcja przesiedleńcza Niemców była skuteczna, ewakuowano stąd praktycznie całą ludność pochodzenie niemieckiego. W tym także ludzi, którzy zbudowali siedlisko w Zawadach Oleckich 25, czyli obecny dom Maluchników.

Po wojnie do tego domu w wymarłej wsi wprowadzili się Zakrzewscy. To jednak nie od nich, tylko od warszawiaka, który po śmierci Zakrzewskiego był krótko właścicielem tego poniemieckiego domu, Maluchnikowie kupili siedlisko. W 1999 roku. Anna, rok wcześniej, spędzając w okolicy Zawad wakacje po raz pierwszy ten dom, nad Jeziorem Głębokim, zobaczyła. I jak stanęła tu na podwórku pomyślała sobie: To jest miejsce, w którym chciałabym żyć. Anna: -To nie było wtedy realne, żeby to kupić, ale poczułam, że to jest moje miejsce.

*

Zakup chałupy w Zawadach stał się realny, kiedy sprzedali z mężem działkę w Jachrance pod Warszawą. Anna na swoim blogu o życiu w Zawadach wspomina: „W naszym posiadaniu była stłoczona wśród innych malutka działka rekreacyjna z domkiem kempingowym na popularnym działkowisku nad Zalewem Zegrzyńskim, na którą nikomu nie chciało się jeździć, sprawa była oczywista – zamienić ją na najpiękniejsze miejsce na ziemi”. Za pieniądze ze sprzedaży Jachranki odkupili od znajomego warszawiaka siedlisko w Zawadach za Oleckiem.

Zauroczyło ją nie poniemieckie siedlisko (zarośnięte trawą podwórko, szaro-bure budynki, dom z oknami pozabijanymi dechami, obok którego leżały szczątki rozebranej bramy), tylko – okolica, a przede wszystkim jezioro. Anna: – Od lat myślałam o tym, żeby kupić jakąś chałupę nad wodą, bo bez wody nie mogę żyć. Uwielbiam morze i najchętniej bym mieszkała nad morzem, ale w Polsce to jest trudne żeby mieć też przy nim święty spokój i pustą plażę przed domem. Woda, spokój i plaża przed domem była w Zawadach. I pod nosem Puszcza Borecka.

Pomyśleli z mężem, że stworzą tu swój letni dom. Pierwsze co zrobili to kupili do tego domu okna. Przyjechali z nimi do Zawad i wtedy przyszedł do nich kot. Anna (na blogu): „Miał wielki puchaty ogon na znak że się boi, ale śmiało przekroczył próg.”  Okazało się, że okien (nowe, drogie, drewniane) nie ma jak zabezpieczyć (ze stodoły łatwo je wynieść). A kot? Anna: -Widać było, że to jest kot wiejski i on się do żadnego miasta nie przeniesie. Z bloga: „Kot był więc podstawowym powodem, dla którego Robert przeprowadził się do Zawad na stałe. No bo jak zostawić kota?”

*

Robert: -Kiedy kupiliśmy Zawady zdałem sobie sprawę, że w Warszawie mnie nic nie trzyma. Gdy kupiliśmy ten dom zacząłem się zastanawiać: Może ja już nie muszę dalej mieszkać w stolicy? Po 35 latach życia w stolicy stwierdził nawet, że wcale mu się w tej Warszawie nie podoba. W tym czasie był na zawodowym zakręcie, nie wiadomo było co będzie dalej z pracą. W Zawadach Oleckich wszystko było tak zaniedbane, że czekało tu na niego bardzo dużo pracy. Został więc z kotem i oknami w Zawadach.

O tym, od czego zaczęło się tu życie Roberta – Anna pisze na blogu: „Robert, gdy się sprowadził do Zawad, szybko musiał zrobić prawo jazdy i skombinować samochód. Najlepszy samochód na wieś, czyli maluch z łańcuchami na kołach i łopatą na dachu, był jedynym, na który można było zawsze liczyć. No może jeszcze obecny pojazd wiejski tico mu dorównuje – pruje zaspy jak szatan i też go ręcznie można wyjąć z błota po pachy, w przeciwieństwie do opasłych terenówek, które ruszyć można tylko traktorem.”

Anna z kolei zaczęła kursować drogami między Warszawą, a Zawadami. Dziesięć dni w stolicy, cztery dni na wsi. Ona pracowała w mieście, on na wsi. I tak przez dziewięć lat. Robert mieszkał w Zawadach na stałe sam. Remontował chałupę, budował ganek i malował ich dom na niebiesko. Zamieszkał w drewnianej chacie (10 km od najbliższego człowieka) i palił w blaszanej kozie. Raz na tydzień jeździł do sklepu po jedzenie. Mógł wtedy popatrzeć na ludzi, bo na co dzień siedział z kotem i nie widział nikogo. Co sobie wtedy myślał? Zawady to naprawdę jest koniec świata.

*

Robert: -Ta samotność tutaj nie była jednak problemem, bo ja zawsze taki byłem. Taki odludek. Samotnik. Zanim zamieszkałem sam w Zawadach jeździłem do pracy na pustkowia w Skandynawii: Sadziłem świerki na trudnym, górzystym terenie albo pracowałem przy wiejskich domach. Anna na blogu: „Robert zawsze miał taką odludną, słabo zaludnioną wieś w sobie, takie rejony, w które w sobie uciekał. Nie musiał z tym wyjeżdżać do Zawad, ale z pewnością fakt ten ułatwiał mu życie w Norwegii, gdzie sadził las nie widząc przez tydzień nikogo”.

*

Kiedy zamieszkał w Zawadach szybko okazało się, że on – absolwent leśnictwa (pracę magisterską pisał o wędrówkach ptaków), z zamiłowania ornitolog, nie mógł chyba trafić w lepsze miejsce. Robert: – Nasz dom stoi na skraju kilku różnych biotopów: las, łąka miejscami sucha, a miejscami podmokła, przechodząca w trzcinowisko, jezioro, rzeka. Z każdym z tych biotopów związane są inne gatunki ptaków. Nie chodząc za ptakami (lornetka wisiała w ganku na gwoździu), szybko stwierdziłem że na liście tych, które tu wypatrzyłem jest już ponad sto.

Kiedyś, niemal spadł z budowanego przez siebie parapetu, gdy zobaczył białą czaplę, która w te rejony w ogóle nie powinna przylecieć. Anna napisała na swoim blogu, że wizytówką Zawad Oleckich są jednak żurawie. Anna: – Gdy sprowadziliśmy się tu to było to dla nas niesamowite, że za płotem jest żuraw, że nad stodołą lata żuraw, że na łące też je można zobaczyć. Kiedyś, mieszkając w Warszawie, pojechaliśmy specjalnie nad Biebrzę, żeby zobaczyć żurawie. Nie zobaczyliśmy ich, jedynie usłyszeliśmy. A tu? Mamy je za płotem!  

Z różnymi zwierzętami, żyjącymi w każdym z biotopów, Anna z Robertem przygód mieli niemało. Robert: – Kiedyś zimą wyszedłem za stodołę i słyszę dźwięk, który mi się skojarzył z łyskami  -takimi ptakami, które wydają odgłosy przypominające kwiczenie świń. To takie, pływające ptaki, które można spotkać np. w warszawskich Łazienkach. Pierwsze skojarzenie było takie: słyszę stado łysek znad jeziora, ale drugie: przecież jezioro jest zamarznięte, łysek tu nie ma o tej porze roku… Trzecia myśl: dziki.

Wataha dzików przechodziła wzdłuż zamarzniętego jeziora blisko ich domu. Robert: – Dziki chciały sobie zrobić skrót do puszczy i weszły na lód, a on się pod nimi zarwał. Widzę przerębel, zarwany lód i słyszę kwik. Pobiegłem po siekierę, żeby poszerzyć przerębel, po drabinę i próbowałem je ratować. Ściągnąłem do pomocy sąsiada. Żona poleciała do samochodu i przyniosła hol. To był świetny pomysł. We trójkę na holu zaczęliśmy wyciągać dziki. Dzikie bestie, do których człowiek tylko w lesie strzela, przypłynęły do nas i mogliśmy im pomóc.

Nie uciekły przed człowiekiem, tylko przypłynęły. Uratowali dwa dziki, które po tym jak stanęły o własnych siłach na lodzie popędziły do puszczy. Innym razem uratowali myszołowa, innym puszczyka… Nie piszę tego po to, by udowadniać jak bardzo Anna i Robert lubią zwierzęta (nietrudno się domyślić), by podkreślić raczej, że ktoś, kto je lubi i ma jak bohater tego tekstu, takie rejony wsi w sobie, ma może szansę odnaleźć się tam, gdzie żurawie krzyczą na polach. (O tym, czy to wystarczy za chwilę.) Na takim końcu świata, jak na przykład Zawady Oleckie – jak je nazwał Robert.

*

Mimo, że według Anny, z tą wewnętrzną, słabo zaludnioną wsią Roberta, z czasem się zmieniło. Anna: -Każdy ma w sobie coś takiego, że bardziej lub mniej stroni od kontaktów z ludźmi. Niektórzy mają to w sobie wysoko, inni słabo rozwinięte. Kiedy Robert mieszkał w Warszawie – pielęgnował w sobie tę cechę: dajcie mi wszyscy święty spokój (wiadomo: miasto, więc trzeba się było specjalnie starać, by to w sobie chronić.) Kiedy nie musiał już o to zabiegać, bo zamieszkał na pustkowiu w Zawadach, zaczął mniej stronić od ludzi.

Po tym jak przetrwał pierwszą zimę w Zawadach miejscowi orzekli: swojak. Kiedy zbliżały się wybory na sołtysa namawiali, żeby Robert startował. Robert – bo ze wszystkimi jest tu w okolicy po imieniu. Inaczej niż Anna, która po 9 latach jeżdżenia trasą Warszawa-Zawady, Zawady-Warszawa też zamieszkała na dobre na wsi. Robert: -Do żony wszyscy zwracają  się per pani. Ja jestem Robercik. Anna: – Zapytałam kiedyś Roberta dlaczego tu na wsi ludzie mówią do mnie per pani, odpowiedział, że oni się dziwią, dlaczego Robert nie mówi do mnie per pani… 

Może dlatego, że cecha: stronię od ludzi, którą Anna miała w mieście słabo rozwiniętą tu na wsi się uaktywniła? Anna: -Kiedy mieszkałam w Warszawie tej cechy w sobie nie rozwijałam, tu ona się odezwała, więc ją rozwijam. Nie chodzę po sąsiadach i nie jeżdżę do sklepu (od tego jest Robert), ale to nie jest tak, że zamykam się w domu. Nie stworzyliśmy tu z sąsiadami przyjaźni, ale jest tu coś takiego jak wzajemna pomoc sąsiedzka. Jak coś się dzieje wspieramy się. I mam poczucie bezpieczeństwa, że w razie czego mnie też ktoś pomoże.

Na przykład gdy się wjedzie samochodem do rowu (sąsiad wyciągnie ciągnikiem), zabraknie w sklepie pieniędzy (sprzedawczyni sprzeda „na zeszyt”), czy chociażby pojawi się chęć czytania piątkowej Wyborczej, którą można dostać w oddalonym o 20 km Olecku (listonosz z Zawad kupi przed pracą i dostarczy im do domu do skrzynki). Gdyby chcieli dać za takie przysługi sąsiadom pieniądze to by się obrazili. Anna: -W Warszawie miałam niby znajomych, ale jak byłam w trudnej sytuacji to oni byli często zajęci. Sąsiedzi tutaj? W życiu.

Na pomoc sąsiedzką nie trzeba w Zawadach długo czekać. Nie czeka się tu też w urzędzie. Anna: -Nie pasowała mi za bardzo wizyta o którejś godzinie z urzędnikiem z gminy u notariusza. Urząd przesunął więc tę wizytę. Robert: -W Warszawie to byłoby nie do pomyślenia. Wychodzimy tu z urzędu w Kowalach Oleckich zawsze pod wrażeniem. Tu się na nic nie czeka. Kiedyś pojechałem do Warszawy i stojąc na przystanku autobusowym zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy odkąd mieszkam na stałe w Zawadach, na cokolwiek czekam.

Czekanie stało się obce. Zdał sobie sprawę: Na wsi się na nic nie czeka – w Zawadach wszystko czeka na ciebie. Robert:- Pani za chwilę wyjedzie, a ja będę się zastanawiał co robić. W co ręce włożyć. Tyle rzeczy do zrobienia w Zawadach czeka. By żyło się wszystkim tu przyjemniej, wygodniej, lepiej. Jest też ktoś kto w Zawadach ze złymi zamiarami czeka: znalazłby się chętny, by się w ich domu za bardzo rozgościć… Anna: -Jesteśmy tu uwiązani. Nie możemy stąd wyjechać, gdy nie ma kogoś kto mógłby nam tu wszystkiego przypilnować. To jest największy minus życia w Zawadach.

*

To ich życie w Zawadach to był krok po kroku. I jeden krok wynikał z drugiego. Na przykład najpierw był piec ceramiczny, a potem powstał pomysł na warsztaty. Jak były warsztaty pojawiła się myśl: otwórzmy pensjonat. Zacznijmy jednak od początku, czyli od pieca. Ceramikiem jest Anna. W 1994 r. trafiła w Warszawie do pracowni Berszów. Anna: – Kiedy kupowaliśmy ten dom miałam wizję, że będę tu miała swój piec ceramiczny i swoją własną pracownię. Kiedy powstały tu moje pierwsze prace  zrobiliśmy w naszym domu na piętrze – Galerię Wiejską.

O, tym co będzie w galerii też nie zdecydował założony wcześniej plan. Kiedyś, po trzech latach od stworzenia swojej pracowni w Zawadach, Anna zapytała Roberta, czy ceramiczne kafelki da się wstawić w drewno. Chciała podarować znajomym w prezencie ślubnym coś oryginalnego. Nikt wcześniej ceramiki w drewnie nie próbował. Dla Roberta nie ma rzeczy nie do zrobienia, więc odpowiedział, że się da. Spróbowali. Udało się, dziś łączenie ceramiki i drewna to ich specjalność. W galerii na piętrze domu pokazują m.in.: drobne przedmioty w drewnie inkrustowanym ceramiką.    

Na tym piętrze były gospodarz trzymał ziarno i kiedy Maluchnikowie się tu sprowadzili biegały tu szczury. Strych został przerobiony i dziś znajduje się tu, poza galerią, gabinet Anny, pokój ich syna i pokój dla gości, z którego widać Jezioro Głębokie. Na parterze dom można przejść dookoła. Powstała w nim łazienka, zrobiona przez Roberta. Naprzeciw, w kuchni – żółte brzydkie kafle kuchenne, zostały zamienione na białe, nowe. W czasie remontu domu gospodarze znaleźli w nim m.in. stare niemieckie gazety z reportażem z wycieczki żołnierzy Wehrmachtu do Japonii.   

Deski (70-letnie) ze stodoły, którą obecni gospodarze rozebrali, wykorzystują dziś przy wyrobach drewnianych inkrustowanych kaflami. Drewniane przedmioty to domena Roberta, ceramika – Anny. Kafelki, którymi będzie inkrustowany przedmiot, najpierw są wycinane z dużych kafli i szlifowane na brzegach. Szkliwo jest nakładane na cały kafel, a potem wypalane w piecu ceramicznym. Ceramika użytkowa robiona jest przez Annę z okolicznej czerwonej gliny. Misy i inne naczynia, mydelniczki, lampy, świeczniki, figurki lepione są ręcznie. 

Na początku prace z galerii mogli oglądać letnicy – sąsiedzi, którzy się tędy przechadzali i inni, którzy przejeżdżali przez Zawady. Swoją ceramikę Anna pokazała też w Internecie. Z czasem przyszedł pomysł, by zapraszać do pracowni w Zawadach chętnych na letnie warsztaty ceramiczne. Anna: -Nie mieliśmy jeszcze pensjonatu, ludzie z warsztatów mieszkali u sąsiadów, ale potem chcieli zostawać u nas na noc i tak zrodził się pomysł na naszą agroturystykę, czyli Pensjonacik pod tulipanem. Został zorganizowany w wyremontowanej przez Roberta byłej oborze.

Jak z byłej obory robi się pensjonat? Robert: -Pomalutku. Obora była tu tylko przed wojną, potem był tu już tylko warsztat stolarski. (Zwierzęta mieszkały tam, gdzie dziś Anna ma swoją pracownię. Robert wywiózł stamtąd gnój, zrobił podłogę i sufit i wstawił piec.) W obórce przywróciliśmy otwory drzwiowe tam, gdzie były kiedyś. Okna też zostały tam gdzie były, tylko zostały wstawione nowe. Wszystko zostało zabezpieczone przed wilgocią, ściany otynkowane, porobione ściany działowe i instalacje. Obok budynku z pokojami i łazienkami – powstała kuchnia dla gości.

Duża, jasna, przeszklona. Z widokiem na jezioro. I prywatną plażę gospodarzy. W kuchni gości stoi piec. Gdy ktoś jest w Pensjonaciku po tulipanem dłużej niż tydzień Robert sam piecze mu w nim chleb, bo wtedy, jak twierdzi gospodarz – należy mu się ten chleb, jak psu zupa… Anna: -Kto do nas przyjeżdża? Dzwonię czasem do Roberta i pytam, jacy przyjechali goście. Tacy jak zwykle – odpowiada. Ludzie, którzy cenią sobie ciszę, spokój, kontakt z przyrodą i ciekawe wnętrza w ich pensjonacie.

Turkusowym. Bo z burego, brzydkiego budynku przedwojennej obory, poza dachówkami i jego kształtem, nic nie zostało. W środku: kolorowe ściany. Pokoje z kaflowym piecem albo kozą (bo w całorocznym pensjonacie, przerobionym z obórki, pali się drewnem). Tak jest w pokoju – romantycznej dwójce albo tym z namalowanym na ścianie żurawiem. I tym z zieloną łazienką i patchworkową kapą. Starą skrzynią w kącie i oryginalną lampą na stole. Z malwami przed oknem. I meblami: prawdziwymi perełkami.

*

Anna: – Goście z pensjonatu zaspokajają moją potrzebę udzielania się towarzysko. Nie mam ochoty wyjeżdżania stąd i bywania w świecie, bo mam poczucie, że cały świat przychodzi do nas. Nasi goście, to ciekawe postaci. Ktoś związany z paryską Kulturą, ktoś publicznie znany, kierowca z Birmingham. Jednego dnia jakaś pani z Oslo zamawia u nas szafkę i 9 dzbanków, drugiego ktoś przyjeżdża, by nas umieścić w bazie plenerów do filmów, żeby je mogli u nas kręcić. Innego dnia dzwoni pani, która chce oddać swój 100-letni kredens w dobre ręce, innego telefonuje ktoś z prasy. 
                                                                                            
Kiedyś w Zawadach pojawił się nawet, jak mówi Robert: -Zestaw (ludzi) nie do wymyślenia. Anna: -Dwa miesiące przed urodzinami Roberta wzięłam jego notes i zaczęłam zapraszać wszystkich, do których miał zapisany telefon: kolegów z podstawówki, liceum, ze studiów, z pracy. Znajomych, kolegów, przyjaciół. Zaprosiłam ich, w tajemnicy przed Robertem, do Zawad Oleckich na jego 40 urodziny. Robert: -W dniu urodzin żona powiedziała mnie: Robert, ktoś do ciebie. Wychodzę przed dom, a tam stoi około 20-stu moich znajomych, niektórych nie widziałem od lat!

Przyjechali w małych grupach. Każdy z innej bajki. Ludzie z byłej pracy, koledzy z podstawówki, czy np. promotor jego pracy magisterskiej. W zestawie, jakiego nigdy by nie wymyślił. Zatrzymali się w pensjonacie u sąsiadów. Przyszli na piechotę wszyscy razem i stanęli przed bramą domu Roberta w Zawadach, świętować jego urodziny przy jedzeniu, przygotowywanym w ukryciu przez sąsiadkę Maluchników. Na specjalne życzenie Anny znajomi Roberta pojawili się w czarnych okularach. I z piosenką na ustach: „Czterdzieści lat minęło”.

*

W Zawadach Anna z Robertem świętowali też swój ślub (na 25-lecie życia razem postanowili się pobrać). Anna: -W Zawadach, okazało się, że mamy już za dużo rzeczy razem. W mieście takiego poczucia nie mieliśmy: że za coś jesteśmy razem odpowiedzialni, że musi to być prawnie usankcjonowane… W Zawadach zaczęło się robić trudno, że nie jesteśmy małżeństwem. Na wsi pojawiło się większe poczucie wspólnoty i taka potrzeba. Wsiedli więc w swoje tico i w urzędzie stanu cywilnego w Kowalach Oleckich powiedzieli sobie – tak.

Anna: – To nasze życie, tu w Zawadach, jest możliwe dzięki temu, że jesteśmy razem. Nie przeżyłabym tu bez Roberta. Mieszkamy 5,5 km od asfaltu. W zimę palimy drewnem. Jak sypnie śnieg, nie ma lekko. Gdy słyszymy czasem, że w Warszawie zima zaskoczyła drogowców, bo napadało 9 cm to nam się śmiać chce, gdy spoglądamy tu za okno. Nie ma tu sklepu na wyciągnięcie ręki. Surowe warunki. Tu człowiek staje wobec takich faktów i okoliczności przyrody, że dla mnie życie w pojedynkę byłoby tu niemożliwe. 

Bo w Zawadach, chyba tak jak wszędzie, bywają ciekawi ludzie, ale zdarzają się też nieproszeni goście. Pisze o nich Anna na blogu: „Rozdziobią nas kruki, pokopią nas krety, rozryją dziki, wygryzą bobry i schrupią myszy”… Przychodzą też na przykład kleszcze (kiedy jestem w Zawadach Anna i Robert leczą boreliozę). Są też: drzazgi w palcach podczas pracy, zmęczenie, że się nie jest w stanie zrobić nic, bóle pleców… I inne utrudniające życie rzeczy i zdarzenia, które sprawiają, że Zawady już nie są jak z obrazka, tak, jak na przykład wspomniane paraliżujące życie zimy.

*

Znak, że zima się kończy – daje w Zawadach żuraw. Anna mówi, że gdy przylatuje tu pod koniec zimy (czasem leży jeszcze na polach śnieg) robi jej się cieplej w sercu. Wiadomo – idzie wiosna. Wiosną do Zawad Oleckich zaczynają zjeżdżać letnicy. Właściciele siedlisk, wielu warszawiaków. Przyjeżdża tu już z Warszawy na majówki i wakacje kolejne pokolenie. Po wojnie warszawiacy połowę wsi wykupili na letniska. W okolicy żartuje się, że Zawady powinny się nazywać nie Oleckie, tylko właśnie Warszawskie. 

Latem wielu z letników z Warszawy korzysta z jeziora, nad którym dom mają Anna z Robertem. Gospodarze wysłuchują wtedy jak to m.in. warszawiacy chcieliby rzucić miasto i żyć na wsi jak oni. Bo ta wieś taka malownicza. Tak pięknie położona: wśród pagórków. I rozproszona, a nie wszystkie gospodarstwa na kupie. I taka tu cisza. I święty spokój. Co roku tak mówią i nawet jeśli nadarza się okazja, by kupić gospodarstwo – nie kupują. I wracają na zimę do miasta. Na przykład do Warszawy. Zawady znów stają się wtedy Oleckie. 

Anna (z bloga): „Ktoś niedawno powiedział, że ludzie dzielą się na tych, którzy wynieśli się na wieś i na tych, którzy wciąż mówią, że chcą to zrobić. Ci którzy tylko mówią, lepiej niech dalej to robią, skoro wciąż nie mogą podjąć decyzji – bo nie wystarczy wynieść się. Trzeba to dobrze przemyśleć. Na wsi żyje się dobrze, jeśli pożegna się złudzenia o sielskim życiu”(…) Tu też są problemy, ale sądząc po tym, że Robert (dziś) wytrzymuje w Warszawie trzy dni, a ja, gdy muszę raz na miesiąc tam jechać, już na tydzień przed jęczę, (okazuje się, że) są ludzie, którzy żeby żyć, muszą żyć na wsi.

 

Anna i Robert Maluchnik – od 11 lat mieszkają we wsi Zawady Oleckie, w gminie Kowale Oleckie (w obszarze na odcinku Olecko-Gołdap) w pobliżu Puszczy Boreckiej. Właściciele autorskiej Galerii Wiejskiej i gospodarstwa agroturystycznego: Pensjonacik pod tulipanem, wyróżnionego w 2008 r. w Konkursie – Agro – Eko – Turystycznym „Zielone Lato” 2008. Rodzice i dziadkowie. W domu Anny i Roberta w Zawadach Oleckich mieszkają też m.in. kot i psy: Belfegor, Pies i Lodzia..

  • Share

Comments are closed.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij