logo

Życie tutaj jest prawdziwe

-opowieść o Ksieni Samsel i jej miłościach

         Dzwoniłam kilka razy dziennie do Marka i pytałam: Jak tam Goran? Biega po pastwisku? Jadł
już? Tak? Ile dałeś mu miarek owsa? Wyłam z tęsknoty za życiem w Józefowie.
Jak bym mogła to bym założyła kamery i zrobiła w banku monitoring Samselowa.

 

Marek Samsel: Z jazdą konno jest tak. Każdy kto się uczy prędzej, czy później spada. W pewnym momencie upada tak, że niezależnie od tego czy się porządnie potłucze, czy nie – zaczyna się bać. Obiłem sobie kiedyś obojczyk. To był ten moment. Zabierałem rzeczy, które pachniały końmi i jak miałem jechać do stajni to się pociłem ze strachu. Brałem jednak te łachy i jechałem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jak mam jeździć muszę to w sobie przełamać.

Ksenia Samsel też wiedziała, że po wypadku musi usiąść na koniu. I że jak tego nie zrobi w miarę szybko – nigdy już nie będzie jeździć. Spadła z konia w lesie na Mazurach. Koń potknął się o korzenie, zrzucił ją i przeskakując kopnął kopytem w głowę. Miała wstrząs mózgu. Życie uratował jej kask. Gdyby nie postanowiła po tamtym wypadku pojechać na konie może nigdy by się z Markiem nie spotkali.

*

Marek Samsel zaliczył swój pierwszy upadek z konia w ósmej klasie podstawówki. Jeździł na wakacje na wieś do dziadków pod Białystok. Ich sąsiad miał zimnokrwistego konia. Samsel: Kiedyś sąsiad dziadków posadził mnie na konia, który pasł się na pastwisku. Zacząłem mu dawać znaki, żeby się ruszył i poniósł mnie tak, że z niego spadłem. Uszkodziłem sobie łokieć. Ze złamaną ręką wsiadłem na rower i przejechałem 4 km, wracając do domu.

Dziadkowie bali się powiedzieć rodzicom, że ta ręka to przez konia. Samsel: Skłamali, że złamałem ją na rowerze, który kupił mi tata, więc wina spadła na ojca…. Rodzice poznali prawdę po 20 latach. Nie wiedzieli też od razu, że zacząłem jeździć konno. Przygoda z koniem sąsiada dziadków mnie nie zraziła. Na studiach na Politechnice Warszawskiej zapisałem się na kurs jazdy konnej do Popówka pod Warszawą. Minęło pół roku, zanim im powiedziałem.

Dlaczego? Samsel: Rodzice nigdy nie przepadali za końmi. Nie rozumieli tej pasji. Do dziś nie jeżdżą konno i są przeciwnikami sportu jeździeckiego. W czasie studiów trzy dni się uczył, resztę czasu spędzał w stajni. I całe wakacje. Był wachmistrzem, potem instruktorem i w końcu na 4 roku – kierownikiem. Zarządzał całą stajnią. W czasach, kiedy buty na prawidłach kosztowały dobrą pensję, a strój jeździecki był taki, że za elegancką górę robiła maturalna marynarka, a za bryczesy kalesony.   

*

W 1991 roku, po studiach, dostał od rodziców 10 tysięcy dolarów. Wsiadł w ich samochód i szukał wokół Warszawy działki dla siebie. Nie 1000 metrów, czegoś większego. Chciał wybudować nie tylko dom, ale i stajnię. I kiedyś klub jeździecki. Spodobało mu się na wsi za Żyrardowem. W Józefowie. Pod lasem. Okazało się, że sołtys sprzedaje rozpadające się gospodarstwo. Kupił od niego 6 hektarów ziemi, 40-metrowy dom, oborę i starą szopę.  

Zamieszkał pod Żyrardowem i dojeżdżał stąd codziennie do Warszawy do pracy (był wtedy księgowym). W Józefowie na początku nie było wody i kibla, a instalacja elektryczna była ciągnięta na telefonicznych kablach. Pamięta do dziś jak spał wtedy na karimacie i palił codziennie w kozie, żeby nie zamarznąć. Samsel: W sobotę rano w dużym pokoju był 1 stopień plus. Zaczynałem więc palić w kozie. Jak w niedzielę po południu było w nim 16 stopni to był upał. Takie tu było życie. 

Co ja tu robię? Ciemno, zimno. Czy ja to kiedyś wykończę? Czy uda się tutaj otworzyć klub? Czy to kiedyś ruszy? Siedziałem tu w lutym w weekendy i zadawałem sobie takie pytania. Czułem się tak, jak kiedyś na studiach gdy przewalałem gnój w stadninie w wakacje, a moi koledzy jeździli do Anglii zarabiać pieniądze. Tak jak wtedy coś mnie jednak przy tych koniach trzymało. Wiedziałem, że kiedyś będzie mi lżej. I odpowiadałem sobie w Józefowie: I co? Uciec teraz stąd?

Nie. Bo ja nigdy nie uciekam.

*

Pomogła mu wizja tego, co kiedyś w Józefowie będzie. Samsel: Bo ja jestem wizjoner. Wiem, co chcę mieć. I to mnie popycha do działania. To jest tak jak z tym strachem po upadku z konia. Chciałem dalej jeździć, więc wchodziłem do stajni przestraszony, przez trzy miesiące wsiadałem na konia i spadałem, aż w końcu strach minął. W Józefowie wstawałem z kolei codziennie rano i robiłem swoje. Jak ktoś się nie przejmuje bieżącymi kłopotami, tylko idzie do przodu, musi się udać.

Udało się. Z czasem zrobił łazienkę, wymienił instalację elektryczną, zrobił płot, wybudował hotel i kupił konie. W 1998 roku zorganizował po raz pierwszy kolonie dla dzieci. Poszły rewelacyjnie, komplet miejsc. Z kolejnymi nie było jednak tak dobrze. Samsel: Pokoje były bez łazienek. Budynek był funkcjonalny jak cholera, ale jego estetyka była słaba. Biało, ascetycznie. Nie chcieli przyjeżdżać, zaczęło brakować kasy. Trzeba tu było wszystko usprawnić, a ja nie wiedziałem za bardzo jak.

I wtedy w Józefowie pojawiła się Ksenia.

*

Najpierw, zanim jeszcze się pojawiła, zadzwonił telefon. Marek Samsel: To był dziwny telefon. Pamiętam tamtą rozmowę do dziś. Jakaś kobieta wypytywała: Jakie są konie? Jacy pracują  instruktorzy? A jakie mają uprawnienia? Czy są kucyki? Czy są parkury? Czy jest szatnia? A czy są toczki? To były bardzo szczegółowe pytania. Około trzydziestu. Ktoś leciał nimi z listy. Klient tak nie pyta. Byłem przekonany, że dzwoni do mnie konkurencja.

To było w 2004 roku. Nie dzwoniła konkurencja. Ksenia Samsel: Poprosiłam moją asystentkę, żeby podzwoniła po wszystkich stadninach i ośrodkach jeździeckich w okolicy mojego domu (mieszkałam wtedy w Sochaczewie), przeprowadziła ankietę i zrobiła mi zestawienie w excelu. Zrobiłam sobie z tego  potem przetwarzanie i wykresy. Postanowiłam, że wybiorę się do tej stadniny, która będzie miała najwięcej punktów.

Wybór stadniny był zaplanowany prawie jak przetarg. To było zaraz po tym jak na Mazurach spadła z konia. Ksenia Samsel: Nie chciałam pojechać w byle jakie miejsce, do jakiegoś dziadostwa i dlatego zrobiłam dokładną analizę. Taką symulację. Pracowałam w tamtym czasie banku i wszystko  skrupulatnie analizowałam. Policzyłam punkty. Wygrała ta w Józefowie. Zapisałam się więc na jazdę, spakowałam specjalny strój, wsiadłam w weekend z rodziną w samochód i tu przyjechałam. 

Marek Samsel: Z samochodu (toyota avensis nówka sztuka) wyszła panienka. Elegancka. Długie czerwone paznokcie. Ładne buty. Sukienka. Zapytała, czy może pojeździć konno. Ja na to: Chyba nie w tym stroju…  Odpowiedziała, że się przebierze. I się przebrała. W bryczesy, kask. Wszystko tak, jak trzeba. Zaskoczyła mnie. Spojrzałem na nią (obejrzałem ją z góry do dołu) i chociaż była z mężem i ja prowadzę sportowców, powiedziałem mojej pracownicy, że tę jazdę wyjątkowo sam poprowadzę.

Ksenia Samsel: Nie było tu rarytasów. Nieładne budynki. Dawny Gierek. To była kompletnie nie moja bajka. W tamtym czasie mieszkałam w 400 metrowym domu, chodziłam na śniadanie do Marriottu, a na obiad do Belwederu. Przyjechałam do Józefowa z mężem i córką. Miałam zrobione paznokcie, lnianą sukienkę na sobie i buty na obcasie. Jedyne co mi się wtedy tu spodobało to tylko to, że było czysto w stajni. Nie było gnoju.

Sprawdziła od razu konie. Ksenia Samsel: Dziadek mnie uczył, że w lato jak konie są jeżdżone, to jak się przejedzie ręką po zadzie to ona nie jest srebrna. Nie jest brudna. W Józefowie ręka nie była srebrna. Konie były czyste. Zapamiętałam dobrze z tamtej pierwszej wizyty w Józefowie Marka. Kiedy podjechaliśmy samochodem pierwsze co zobaczyłam to stojący na bosaka facet. W czarnym kapeluszu i w czarnych okularach.      

Na Marka zwrócił też uwagę jej mąż. Po skończonej lekcji powiedział: Ty tu sama nigdy nie przyjedziesz.

*

Przyjechała. Bo konie kocha od dzieciństwa. Nie miała jeszcze 3 lat, gdy po raz pierwszy galopowała. Ksenia Samsel: Moi dziadkowie, którzy mieszkali w lasach iłowskich pod Płockiem, mieli gospodarstwo i konie. Kiedyś dziadek w czasie Wielkanocy posadził mnie na nieubranego konia. Ktoś strzelił wtedy na wsi z moździerza. Huk straszny. Jakby uderzyła bomba. Pogalopowałam do lasu, trzymając się końskiej grzywy.

Koń wrócił z nią (całą) na grzbiecie. Nic złego się nie stało. Ksenia Samsel: Moja mama jednak szalała z przerażenia. Gdy ten koń już ze mną wrócił powiedziała dziadkowi, że zabrania wsadzania mnie kiedykolwiek na konia. Taką miała traumę. Mnie to jednak wcale nie przeraziło. Tak, jak przed galopem wołałam ciągle icha cha, icha cha i miałam hopla na punkcie koni. Trzęsłam się z radości na samą myśl, że mogłabym na nim znowu usiąść.

Długo jednak nie siadała. Konie, do których zawsze miała sentyment, były przez nią podpatrywane, ale nie jeżdżone. Nie dlatego, że zabraniała mama (choć do dziś tej miłości do koni nie rozumie: jak można tak ciągle wokół nich chodzić, przecież one śmierdzą?), tylko dlatego, że tak się akurat życie potoczyło. Nie było czasu na pasje, tylko na pracę. Ksenia Samsel: Wiele lat intensywnie pracowałam. Poszłam do pracy w banku w Warszawie i zaczęłam robić karierę w korporacji.

Praca kilkanaście godzin na dobę plus dojazdy do Warszawy. Mieszkała wtedy w Sochaczewie. Ksenia Samsel: Wstawałam do pracy 5.15, o 6.20 był wyjazd do Warszawy, powrót do domu o 20.00. Zaczęłam pracę w banku jako asystentka i pięłam się w górę. Co raz wyższe stanowisko i co raz większe projekty. Zarządzanie pracą 200 osób i budżetem po kilka milionów. Poza pracą byłam jeszcze mamą i żoną. W weekendy robiłam studia. Kiedy miałam jeździć na konie?   

Nie skusiła się wyrwać na konie nawet wtedy, gdy w banku zorganizowali sekcje sportowe: tenisową, żeglarską i m.in. jeździecką. Wiadomo – żeby ludzie wiązali się z pracą poza pracą. I bank dofinansowywał wyjazdy. Pół płaci praca, pół płacisz ty. W końcu kolega z pracy, który jeździł konno tak ją namawiał: że to tak fajnie, czuje się wolność i wiatr we włosach, że raz się na taki wyjazd na konie wybrała. 

Na Mazury. Ksenia Samsel: Wyjechaliśmy do Mikołajek. Chciałam nauczyć się jeździć konno i jednocześnie schudnąć. Postanowiłam sobie: cztery godziny dziennie będę jeździła konno i cztery godziny pływała w basenie. Któregoś dnia zeszłam z konia i nie mogłam chodzić. Wszystko mnie bolało. Nie mogłam wziąć nogi na nogę. Nie bolało tylko wtedy, gdy siedziałam na koniu. Przeforsowałam się. Dostałam zapalenia mięśni. Chodziłam jak pingwin.

Nie zniechęciła się. Kiedy sekcja jeździecka zaplanowała kolejny wyjazd na konie na Mazury wyjechała. To właśnie wtedy miała wypadek, po którym poprosiła swoją asystentkę o analizę stadnin w okolicy Sochaczewa. I pojechała do Józefowa, który wygrał przetarg. Przed kolejną lekcją z Samselem pogoda była obrzydliwa. Marek Samsel: Lało, błoto. Ona mówi: Idę się przebrać. Za chwilę będzie ładnie. Przebrała się i zaświeciło słońce.        

Pomyślałem: czarownica.

*

Po tej lekcji zgadali się, że jej hobby to aranżacja wnętrz, a on potrzebuje zmian estetycznych, żeby ludzie chcieli do Józefowa przyjeżdżać. Marek Samsel: Usiedliśmy obok stajni i zaczęliśmy rozmawiać. O tym, że trzeba coś tu zmienić. Ja mówiłem jak sobie to wyobrażam, a ona to w lot chwytała i mówiła jak to zrobić. To co proponowała od razu mi się podobało. Ksenia Samsel: Marek powiedział, że on tych zmian sam nie wprowadzi. I jest problem, bo… ja jestem mężatką.

Marek Samsel: Ksenia zaczęła się śmiać. Ja jednak od początku wiedziałem, (jak ją zobaczyłem jak wysiada z toyoty), że to jest kobieta, na którą czekałem całe życie. Ksenia Samsel: Zaczęliśmy się spotykać – zostałam Marka wspólniczką. Pracowałam w tygodniu w Warszawie w banku, w weekendy przyjeżdżałam do Józefowa. Zarządzać i realizować swoją wizję tego miejsca. Zakochała się nie tylko w Józefowie. Rozwiodła się z mężem i została Marka narzeczoną.

Rozbudowali hotel. Zajęła się projektowaniem wnętrz, marketingiem itd. Ksenia Samsel: Potrzebowałam czegoś takiego. Ja jestem matematyczna, ale też artystyczna. Żyłam cyferkami (Kiedyś na wakacjach siedziałam na wielbłądzie i tłumaczyłam komuś z pracy: Tu masz kolumnę A i 383 wiersz i tę pozycję przenieś na następny arkusz i tam masz pozycję… itd.), ale z drugiej strony na zebraniach w pracy rysowałam… Brakowało mi artystycznych rzeczy.

Czułam się tak, jakby jedna półkula mi nie pracowała. 

*

W tamtym czasie ubierała się do pracy poważnie, nie tylko dlatego, że musiała chodzić w garniturach. Chciała się postarzeć, zajmowała kierownicze stanowisko. Krzyczała wtedy na ludzi. Wszystko chciała na już. Żyła szybko. Pracowała w dziale informatycznym. Była rozpieszczana osobistymi zaproszeniami na imprezy Microsofta, Hewlett Packard. Dostawała nagrody – wyjazdy zagraniczne itd. Wszystko z najwyższej półki.   

Ksenia Samsel: W Warszawie tęskniłam jednak za końmi i Józefowem. Dzwoniłam kilka razy dziennie do Marka i pytałam: Jak tam Goran? Biega po pastwisku? Jadł już? Tak? Ile dałeś mu miarek owsa? Wyłam z tęsknoty za życiem w Józefowie. Jak bym mogła to bym założyła kamery i zrobiła w banku monitoring Samselowa. Ksenia Samsel: Nie mogłam jednak odejść z banku. To życie pędem mi odpowiadało. Chodziłam na full obrotach. Tak wyglądało przez wiele lat moje życie.

W końcu przyszedł moment, że musiała to życie pogrzebać.

*

Ksenia Samsel: Nie mogłam zajść w ciążę. Okazało się, że jestem autoagresywna i wytwarzam przeciwciała. Sama siebie zwalczam, dlatego też zabijam to, co ma się we mnie narodzić. Dziecko. Okazało się, że muszę nauczyć się życia w zgodzie ze sobą. Poszłam na zwolnienie. Żeby się wyciszyć przyjechałam do Józefowa. Na początku czułam się tak, jakbym była wrzucona do innego świata. Huczało mi w uszach. To tak, jakby wyjść ze szkoły, gdzie wrzeszczą dzieci i wejść w las.

W Józefowie zobaczyła, że można się cieszyć tym, że zmienia się pora roku. Że dla swojego życia ona jest najważniejsza. Że jak ona jest szczęśliwa, to wszyscy wokół niej też. Ksenia Samsel: Marek  nauczył mnie mądrze żyć. Wolniej, spokojniej. Powtarzał: Zatrzymaj się. Masz jedno życie. Nie da się tak dłużej pędzić. Zrozumiałam, że tu jest fajny kawałek życia, że tu też mogę coś sobie stworzyć. Nie wróciłam już do pracy w banku.

Gdy odeszła jej obowiązki przejęło 6 osób.

*

Ludzie w Józefowie zauważyli, że po 3 miesiącach na wsi się zmieniła. I nawet można z nią usiąść i spokojnie porozmawiać. Ona jednak się tego nowego życia przestraszyła. Ksenia Samsel: Bałam się na początku, że ja tu zwariuję, że się uduszę. Marek Samsel: Bałam, że ona tu nie wytrzyma. Robiła duże rzeczy. Bałem się co będzie jak ona się nasyci wolnością i lasem i wsią: czy nie zatęskni za tamtym życiem? Ksenia Samsel: Zdjęłam garnitury, założyłam bryczesy i zaczęłam budować swoje życie tutaj.

Za tamtym życiem nie zatęskniła.

*

Okazało się, że z daleka od wielkiego miasta też można pracować na wysokich obrotach. Ksenia Samsel: I do tego z ludźmi, których się lubi. To nie są tacy ludzie, jak w korporacji. Tu muszę się trzy razy zastanowić, zanim zwrócę komuś uwagę. Ci, którzy przychodzą tu do pracy są godni, honorowi. Przejmują się tym co się do nich mówi. To nie jest tak, że się idzie do korporacji i ktoś ci pluje w twarz, a ty mówisz że deszcz pada, bo to po tobie spływa.

Marek i ci ludzie nauczyli ją, że trzeba do każdego podchodzić z szacunkiem. Ksenia Samsel: Zaufali mi. Opowiadają o prywatnych rzeczach, znam ich rodziny. Jak ktoś nie może przyjść do pracy, ktoś inny przyjdzie. Tu nie ma scysji. Nie kłócimy się też z Markiem. Nie ubliżamy sobie. Nie mówimy czegoś, czego będziemy żałować. W korporacji zakładałam maskę. Udawałam. Byłam twarda. Tu zrzuciłam pancerz. Zdjęłam garnitur, ale nauczyłam się czegoś ważniejszego.
                 
Ludzie mają swoją godność i nie można po nich jeździć jak po łysej kobyle.

*

W sezonie pracują 24 godz. na dobę. Ksenia Samsel: Konie, obozy, kolonie, inni klienci. Jak ktoś przyjeżdża na konie jestem tak zmęczona pod koniec sierpnia, że jestem gotowa dać mu pieniądze, żeby sobie tylko odjechał. Od kwietnia nie mamy dnia wolnego. Są różne dni. Każdego robię jednak to, co kocham. To mimo zmęczenia daje radość. Chce się żyć i co rano wstawać. Poprowadzić lekcję jazdy konnej. Zająć się końmi. Zorganizować zawody.

Po latach pracy w banku, jak trzeba, wywala też gnój i ładuje na przyczepę.

 *

Marek Samsel: Tu nie jest jak w bajce. Nie raz trzeba wziąć się w garść, zakasać rękawy i ciężko pracować. Ksenia Samsel: Zdarzają się różne rzeczy. Kiedyś Marek wyjechał i akurat zatkało się szambo. Konie zalane, gówna pływają. Wstałam i o 1.00 w nocy walczyłam z tym w koszuli nocnej. Ręce miałam ubrudzone po łokcie w szambie. Inny wypadek? Uciekł wychowawczyni kolonista i musieliśmy go wszyscy szukać. Nie zawsze jest słodko.

Jak to jest żyć i pracować razem? Marek Samsel: Czasami jest trudno. Jak ktoś cały czas pije coca-colę to zadaje sobie pytanie: ile ją można pić? Ścieramy się czasem. Ksenia Samsel. Nie rzucamy się jednak sobie do gardeł, tylko rozmawiamy. Marek Samsel: Jak mamy siebie dojść to rozchodzimy się do swoich zajęć. Tu jest dużo rzeczy do zrobienia. Ksenia Samsel: Nauczyliśmy się rozwiązywać te konflikty tak, by one nasz związek budowały (wzmacniały), nie burzyły. 

 

Bo ona całe życie musi coś budować. Ksenia Samsel: Nigdy nie mogłam być z kimś, żeby być. Zawsze uważałam, że trzeba tworzyć. Mieć wspólne życie: pasje, budżet, problemy. Kiedy zamieszkaliśmy z Markiem razem, ja mu dodałam trochę energii, on mnie wyciszył. Dużo pomógł. Nauczył mnie cieszyć się chwilą. I szanować czas i życie. On mi pokazał, że można żyć godnie. Bez zabijania się.

I to jest super.

*

Nasza miłość do zwierząt? Marek Samsel: To polega na tym, że każdy koń ma swoje ciało i duszę, zdrowie i my to szanujemy. Ksenia Samsel: Rozmawiam z nimi. Mam taki kontakt z końmi, że kiedyś jeden, gdy byłam z nim na spacerze podnosił mnie za kaptur, jak się przewróciłam. Jestem tak związana z końmi, że jak ja wchodzę do boksu, a one leżą, to robią mi miejsce, żebym się położyła, choć normalnie konie się podnoszą, jak ludzie wchodzą.

*

Samselowo zaczyna się w Józefowie tam, gdzie kończy się droga. Ksenia Samsel: Nic już dalej nie ma. Jest kawałek wolnej ziemi i bagna. Dookoła zielono. Spokój. Tak jakby czas się zatrzymał. Konie w Samselowie są – wszędzie. Ponad 20. Za domem, w stajni, przed domem. Obok stajni duży hotel. Każdy pokój jest inaczej nazwany i jest w innym kolorze. Marek Samsel: To zasługa Kseni, ona tu wszystko sprofesjonalizowała.

Ksenia Samsel: Jakbym chciała być wygodna kupiłabym sobie konia i trzymała go w wykwintnej stajni i przychodziłabym tam się lansować. Kosztowałoby mnie to jeszcze taniej. Kocham jednak to co jest. Jak piję rano kawę na swoim tarasie z widokiem na wybieg czuję, że jestem we właściwym miejscu. To życie tutaj jest takie dobre. To ja je kreuję. Wstaję rano i organizuję zawody amazonek albo jadę na koniu do koleżanki na kawę.

Minusy? Trzeba wozić córkę do szkoły.

*

Ksenia Samsel: Jest tu dużo pracy, ale są też ciągle momenty sielanki. Czujemy to średnio co tydzień. Kiedyś pojechaliśmy do lasu konno i zrobiliśmy sobie z Markiem piknik. Na polanie. Piliśmy szampana, a potem wracaliśmy z końmi pełnym galopem, puściliśmy się wodzy i trzymaliśmy się za ręce. Tak, jakbyśmy się w niebo unieśli. Żeby nie było tak cudownie zaraz po powrocie koń skoczył mi na nogę, a Markowi zapalił się jeep.

Musiało się wyzerować, bo musi być równowaga w przyrodzie. Życie tutaj jest prawdziwe.

*

Co to znaczy? Ksenia Samsel: Tu jest pełne carpe diem. Wstajemy rano z radością, zasypiamy z życzeniem, by kolejny dzień też był tak pełen wrażeń jak miniony. Ja znalazłam tu autentyczną radość życia. I umiejętność cieszenia się z drobiazgów. Wczoraj udało mi się ujarzmić konia, który rozrabia jak pijany zając i wszyscy się go boją. Cieszyłam się jak dziecko, które poznało coś nowego. Tak samo zachowywał się Marek, który kupił sobie tu kiedyś ciągnik.

Do niczego nie musimy się tu zmuszać. Nie musimy pracować, z tymi, których nie lubimy albo przebierać się za kogoś innego. Marek nie udaje pana w spodniach z kantem. Chodzimy w bryczesach. Wszędzie. Do sklepu, do szkoły, na jazdę. Kochamy konie. A jak mam ochotę wyjść do ludzi, ubieram się i idę do ludzi. Czy często chcę cywilizacji? Nie, ale ja mam ochotę pojechać do teatru, czy gdzieś indziej w Warszawie to wsiadam w samochód i jadę.

Nacieszę się i wracam. 

*

Znajomi dzwonią do niej czasem i mówią: I jak ci na tej wsi? Ksenia Samsel: A ja im odpowiadam: Słuchaj, kocham to życie tutaj. Oni:  Pogięło cię. Tyle lat. Z takim fachem. Doświadczeniem. Wiedzą. Tyle lat studiowania. Szkoleń. Tyle tego wszystkiego, a ty siedzisz na wsi i jeździsz konno? Ja: Żyję tu w zgodzie ze sobą. Pracuję z radością. Nie spieszę się, wysypiam. Uwielbiam tu wszystko. Każdą moją orchideę. Oni: Ty chyba jesteś nienormalna? Ja: Nie, po prostu szczęśliwa.

  • Share

Comments are closed.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij