logo

Kadzidłowo: więcej niż ziemia

Krzysztof Worobiec: – Kiedyś wstajemy rano, a przed domem chodzą wilki. W domku obok spali nasi goście i ich małe dziecko. Kiedy budziło ich rano, wypuszczali je na dwór. Wieczorem dziecko też chciało wyjść na dwór, więc żeby je odstraszyć mówili: Nie możesz wyjść, bo przed domem chodzą wilki. Kiedy tamtego poranka chcieli, żeby dziecko dało im jeszcze trochę pospać usłyszeli: Nie mogę wyjść, bo przed domem są wilki. Oni na to: Możesz wyjść, jest rano. Dziecko się jednak upiera, że je widzi. Uwierzyli dopiero wtedy, kiedy moja żona do nich zadzwoniła i powiedziała: -Uważajcie. Myśleli, że dziecko bajki opowiada. U nas często tak właśnie jest – jak w bajce.

*

Bajka jest w Kadzidłowie. Na Mazurach. Jadę zobaczyć bajkę drogą przez las. Jedną, drugą, piątą…  Jak w jakimś serialu: „Leśne drogi”. Las, polana, droga w lesie, łąka i znów w las… Kadzidłowo leży 1 km od drogi z Ukty do Mrągowa. Nie dojeżdżając do Ukty skręcam na Wojciechów. Kończy się droga przez las i zaczyna wieś. Za chwilę znów jestem na szosie w lesie. Za tablicą: Kadzidłowo 1 – skręcam w lewo. Wjeżdżam w las i po kilometrze wyjeżdżam na polanę.   

Krzysztof Worobiec: –Kiedy tu po raz pierwszy przyjechaliśmy moja żona Danka miała takie same wrażenie: same leśne drogi. Las i droga, polana, następna leśna droga i znów w las… Gdy dojechaliśmy pierwszy raz do Kadzidłowa zauważyliśmy ładne drewniane budynki i pomyśleliśmy: Kończy się leśna droga i tu z dala od szosy tli się jeszcze jakieś życie…? Mieliśmy wrażenie, że na odludziu, znaleźliśmy się na jeszcze większym odludziu.

Krzysztof i Danuta Worobiec prowadzą w Kadzidłowie „Oberżę pod psem”. Z daleka widać, że oberża nie jest pod psem. Duży, zadbany drewniany budynek. Spotykamy się wczesną wiosną. Nie do końca wierzę, że tu w środku mazurskich lasów oberża jest o tej porze roku otwarta. Wchodzę. Czynne! W środku Kiedy siadam z gospodarzami w oberży patrzę na drewniany bar przy kuchni. Za chwilę dowiem się, że ten mebel przyjechał z Kadzidłowa z daleka, ale to dopiero za chwilę.

Jak się żyje „na odludziu”?  

K: Mamy tu wszędzie blisko.

Jak to?

K: Zanim zamieszkaliśmy w Kadzidłowie mieszkaliśmy w Berlinie. Ogromne miasto, do kina mieliśmy kawał drogi. Jechaliśmy w Berlinie do kina 20 km. Tu, z Kadzidłowa, jedziemy do kina do Mrągowa też 20 km i to lepszą drogą, bo przez las.

Ile tu mieszka ludzi?

K: 4 osoby. Zamieniliśmy prawie 4-milionowy Berlin na jedną z najmniejszych wiosek w Polsce.

To była ucieczka?

D: Nie. To się stało przypadkiem.

Jak?

K: Chcieliśmy tu hodować jelenie. Mój przyjaciel z Berlina poznał Koreańczyków, którzy chcieli kupować poroża. Dowiedzieliśmy się, że na Mazurach jest ferma jeleni. Zdecydowaliśmy się kupić jelenie i handlować porożem. Zrobiliśmy z sąsiadem z Kadzidłowa spółkę: on miał ziemię, my mieliśmy zwierzęta. Przyjechaliśmy tu i kupiliśmy 33 jelenie.

Jak to miejsce wtedy wyglądało?

D: Przyjeżdża tu człowiek z miasta i jelenie się pasą, chodzą daniele. Podchodzą do człowieka, można pogłaskać. A to sójka przyleci i usiądzie, a to inny ptak. Obok jest las. Można pospacerować. Cisza i spokój. Pięknie.  

Interes się udał?

K: Przygoda ze zwierzętami trwała 3 lata. Za utrzymanie jeleni płaciliśmy pieniądze. Nie znaliśmy się na hodowli, byliśmy naiwni. Straciliśmy pieniądze.

D: Nie mieliśmy serca do tego biznesu, a jak się nie ma do czegoś serca to nic się nie udaje. To był zły pomysł, żebyśmy hodowali jelenie, ale dobrze się wszystko skończyło, bo mamy tu teraz dom.  

Kiedy Państwo tu zamieszkaliście?

K: Z czasem, po zakupie fermy jeleni, kupiliśmy tu gospodarstwo z jednym marnym domkiem i rozpadającą się obórką. Chcieliśmy kupić mały dom, żeby móc się tu gdzieś zatrzymać. Na początku nocowaliśmy gościnnie u sąsiada.

D: Kiedy kupiliśmy tu w 1992 roku dom zaczęliśmy tu przyjeżdżać na wakacje. W lato remontowaliśmy dom. Był po pożarze. Wypadały z niego szyby, trzeba było wymienić piece i zrobić dach. Na pierwsze wakacje przyjechaliśmy tu na miesiąc, na drugie zostaliśmy już dwa miesiące, kolejne – trzy. W Berlinie szukaliśmy możliwości, żeby znów pojechać do Kadzidłowa. W Kadzidłowie, żeby tu jak najdłużej zostać. Kiedy spędziliśmy tu pół roku non stop stwierdziliśmy, że chyba powinniśmy tu zamieszkać.   

Z czego chcieliście tu Państwo żyć?

W co na przykład?

K: W oberżę. Kiedyś jadąc do Warszawy zobaczyłem po drodze tablicę: Dom na sprzedaż i duży, ładny drewniany budynek. Zatrzymałem się, obejrzałem. Zrujnowany. Na piętrze rosły rośliny. Na strychu wiło się dzikie wino. Pomyślałem: Może go kupimy, będziemy mieli materiał na remont obórki? Kupiliśmy. Odbyło się numerowanie belek i przenosiny. Przywieźliśmy ten dom do Kadzidłowa. Wyglądał naprawdę marnie. Byli u nas wtedy w gościnie przyjaciele. Przyjaciel, gdy zobaczył tę chałupę powiedział: Coś ty Puniu zrobił? Zwariowałeś. Stać nas było wtedy na zakupi i transport tego domu. Na remont nie mieliśmy ani grosza. To było w 1996 roku. Zdecydowaliśmy się sprzedać mieszkanie we Wrocławiu, taką naszą deskę ratunkową i jednocześnie postanowiliśmy wtedy definitywnie przenieść się do Kadzidłowa na stałe.   

Nie było obaw, czy to życie tutaj wypali?

D: Nie baliśmy się na pewno kiepskiej sytuacji finansowej. Mamy hektar ziemi, stwierdziliśmy, że posiejemy ziemniaki jakby co. Tu człowiek zbierze plony i chrust w lesie i jakoś przeżyje. Tu można żyć za darmo. W mieście się nie da. Mieliśmy jednak inny plan. Zaczęliśmy remontować ten, kupiony przez Krzyśka, stary przenoszony budynek i postanowiliśmy zrobić z niego prawdziwą oberżę. Miejsce, gdzie będzie można usiąść i zjeść prawdziwe mazurskie dania: wereszczaki, sałatkę z kozich serków, pierogi z kaszą i grzybami, mazurską kwaśnicę. To, co będąc na Mazurach  gotowaliśmy sobie sami. Zanim znaleźliśmy się w Kadzidłowie jeździliśmy do Grecji i tam odkrywaliśmy wiejską turystykę. Kiedyś w latach 90-tych trafiliśmy do takiej tawerny na Peloponezie, należącej do dwójki staruszków. Swojsko, sympatycznie i spokojnie. Kiedy tworzyliśmy swoją oberżę mieliśmy przed oczami tamto miejsce.

K: Od początku chcieliśmy, żeby oberża była czynna cały rok, nie tak jak inne punkty na Mazurach – tylko w sezonie. Zanim jednak przyzwyczailiśmy ludzi, że mamy tu zawsze otwarte musiało minąć trochę czasu. Były trudne momenty. Nie od razu zarabialiśmy. Nie było łatwo.

Najtrudniejszy moment?

K: Kiedyś, pierwszej zimy gdy oberża zaczęła działać, skończyły się nam pieniądze. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej i nagle pojawiła się telewizja. Zgłosili się do nas, że chcieliby w oberży nakręcić reklamę Poczty Polskiej. To był taki krótki filmik: Śnieżek, atmosferka, siedzi pani sobie w fotelu w drewnianej chałupie i czyta list. Taka reklama, że takie odludzie, a Poczta Polska dociera.  Wynajęliśmy oberżę, nakręcili u nas filmik, zapłacili nami to nam pozwoliło tę pierwszą zimę jakoś przeżyć.

D: Z czasem gości się przyzwyczaili, że tu jest także w ciągu roku otwarte i zaczęli do nas przyjeżdżać także poza sezonem. Na obiad albo na kilka dni. Dziś gościmy tu wielu niezwykłych ludzi od aktorów, przez polityków po naukowców i innych. Zatrzymał się tu kiedyś swoim 3,5 tonowym lincolnem ambasador Stanów Zjednoczonych. Goście w oberży jedzą, śpią w naszym starym domu i w wyremontowanej obórce. Mamy tu dziś kilka chałup – taką swoją wioskę.

Gdzie Państwo mieszkacie?

D: Tu, w tej chałupie, w oberży, w której siedzimy. My mamy swoje mieszkanie na piętrze. Ta chałupa (z 1915 r. wybudowana, przez Niemca, który wrócił z pieniędzmi z Ameryki, pod usługi, kiedyś mieściła się w niej kantyna i fryzjer) to takie nasze niechciane dziecko. Nie chcieliśmy tego budynku dla siebie, miał to być tylko materiał na obórkę, a w końcu stał się naszym domem.

K: Uratowaliśmy ten budynek. I nabraliśmy ochoty na ratowanie innych starych, mazurskich chałup. To wszystko co stoi wokół naszego domu jest przeniesione. W kolejnej przeniesionej starej drewnianej mazurskiej chacie zrobiliśmy muzeum. To nas zresztą uratowało, bo kiedy na przed wejściem na naszą posesję pojawił się napis: Muzeum – okazało się, że to niezły straszak. 

Jak to?

Na odludziu był problem z tłumem?!

D: Tak, gdy ten tłum odwiedzający park dzikich zwierząt wchodził nam do oberży. Ludzie wchodzili nam na posesję i chcieli wszystko zobaczyć. I tak wchodzili do tego naszego domu – oberży, że nie można było obsłużyć tych, co siedzą. Nie wchodzili usiąść, czy zjeść tylko zobaczyć. Prosiłam, żeby nie wchodzili. Mówiłam, że nie ma wolnych stolików. Żeby ten tłum się usunął, a oni mnie omijali, jakbym była powietrzem.

K: To wyglądało tak. Ktoś otwiera drzwi i wchodzi z kamerą przy oku. Nie patrzy na nikogo, tylko  filmuje, filmuje, filmuje… odwraca się i wychodzi.

D: Żeby wyszli trzeba było stać się ordynarnym: zamknąć na klucz, by pozostali mieli komfort. Zrobiłam więc szlaban i napisałam na kartce: Brak wolnych miejsc. Oni omijali jednak tę kartkę, wchodzili i tłumaczyli się, że chcieli tylko zobaczyć. Zrobiłam więc kartkę nieczynne – to już bardziej podziałało. Nie dało się jednak do końca opanować sytuacji. Załamałam się, myślałam, że sobie z tym nie poradzimy.

K: Zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażaliśmy. To miało być kameralne miejsce. Przyjeżdżają ludzie z daleka, po to żeby mieć tu domowo. To miało być takie miejsce dla wtajemniczonych, a nie masowe. A tu wchodzą faceci z gołym spoconym brzuchem i filmują. W końcu jak zrobiliśmy muzeum i zawisła kartka: Muzeum, tłum jak ręką odjął się usunął.

D: Wiadomo: muzeum, więc nuda. Nic nie ma ciekawego. Nie ma po co wchodzić. Z tłumem na odludziu problem został rozwiązany. Napis: Muzeum – stara chałupa podcieniowa, powstrzymał falę niechcianych turystów.

Jaka chałupa?

K: Podcieniowa. Dawna mazurska chałupa. Ma charakterystyczne szczyty z ozdobnymi słupami podcieniowymi. Unikat . Na Mazurach są tylko dwie takie chaty, jedna u nas. Kiedyś przyjaciele, którzy do nas przyjeżdżali na wakacje powiedzieli nam: fajny dom widzieliśmy, przydałby się wam. Pojechałem zobaczyć ten dom. 200-letni mazurska chałupa. Zrobiłem zdjęcia – jeździmy po okolicy i fotografujemy stare budynki. Jeździliśmy potem z Danką co pół roku zobaczyć ten dom, bo on się walił, był w co raz gorszym stanie, zarwał się dach. Niszczał więc napisaliśmy do konserwatora zabytków i do ministerstwa, żeby ten dom uratować. Kampania o to, by się tym budynkiem zająć trwała ponad rok. W końcu podjęliśmy decyzję, że sami ten dom uratujemy. Ukazał się artykuł na ten temat w prasie. W końcu dostaliśmy zgodę, żeby tę chałupę uratować. Dostaliśmy ją za darmo. I uratowaliśmy.

D: W muzeum mamy m.in. uratowane przez Krzyśka stare, zabytkowe ławki ze szkoły w Ukty, zdaje się, z początku XX w. Zrobiliśmy z nich w muzeum dawną salę klasową. Te ławki stały niepotrzebne w stodole przy szkole w Ukcie. Krzysiek zauważył, przejeżdżając tamtędy, że woźny wyjmuje je ze stodoły, rąbie i wrzuca do ogniska. Uwolnił go od tej pracy. Przywiózł te meble do nas i odnowił. I też udało się je uratować.     

Przyjechałam na pogotowie ratunkowe.

D: Większość mebli, które mamy tu w oberży też uniknęła śmietnika. Zabytkowy bar, który stoi tu obok, przyjechał z Berlina. Ktoś go chciał wyrzucić Krzysiek nie chciał do tego dopuścić i zabrał do siebie do piwnicy. W końcu, po 15 latach, ten bar znalazł tu w Kadzidłowie, swoje miejsce.  

K: Miejsce znalazł też tu na Mazurach, jeden obraz, który kupiłem przed laty w Zielonej Górze. W 1984 roku, w Desie. Takie kwiaty na czarnym aksamicie. W sklepie było napisane, że te kwiaty są wykonane z woskowanego papieru. Z tym obrazem wyjechałem do Berlina. Kiedy przyjechaliśmy tutaj wpadła mi w ręce książka o Mazurach. Wyczytałem z niej, że kobiety mazurskie w zimie robiły obrazy z rybich łusek i naszywały je na czarny aksamit. Kiedy to przeczytałem od razu poleciałem po szkło powiększające i przyłożyłem je do obrazu. Okazało się, że kwiaty nie są z żadnego woskowanego papieru, tylko z łusek!

Ta książka wpadła Panu w ręce przypadkiem, czy interesuje się pan historią tego miejsca?

K: Kiedy tu zamieszkaliśmy siłą rzeczy zainteresowaliśmy się historią Mazur.

Jak jest historia Kadzidłowa? Co tu kiedyś było?

K: Wioska starowierska. Uciekając ze Wschodu przed prześladowaniami, wybierali miejsce odludne i w 1932 roku założyli tu swoją kolonię. Wykarczowali tereny w puszczy i założyli wioskę Kadzidłowo. To od zawsze była mała wioska. 

Jak się czuje mieszczuch, który przeprowadza się do takiej wioski?

K: Nie mieliśmy nigdy takich myśli: Co my na tej wsi robimy? Nawet wtedy, gdy skuwaliśmy tynki albo czyściliśmy komin.

D: Tu się po prostu zwraca na inne rzeczy uwagę niż w mieście. Trzeba się przestawić.

Na co?

K: Na to, żeby kupować buty na płaskiej podeszwie, a nie na traktorze, bo się wnosi do domu albo na to, żeby jeździć terenówką.

D: Zwraca się tu uwagę na to, czy już pierwszy bocian albo żurawie przyleciały. Czy jesteśmy przed, czy już – po – pierwszym śniadaniu na ganku. Człowiek nie musi też ubierać się niewiadomo jak, tak jak w mieście.

Jeździcie Państwo czasem do miasta?

K: Nie daj Boże muszę pojechać do Warszawy, jak wracam tutaj jestem szczęśliwy.

D: To do nas na tę wioskę przyjeżdżają ludzie. Nie poznalibyśmy wielu z nich, gdybyśmy tu nie zamieszkali. Kadzidłowo to nie jest dla nas koniec świata, tylko nasze centrum.

Czy to jest Państwa miejsce na ziemi?

K: Nie, więcej – ziemię można mieć w mieście. My tu mamy kawałek własnego nieba.

Danuta i Krzysztof Worobiec – wrocławianka i zielonogórzanin, ekonomistka i geograf. Zanim jako małżeństwo w 1989 r. trafili na Mazury całe życie mieszkali w mieście, a na Mazurach byli tylko raz! Prowadzą gospodarstwo agroturystyczne i oberżę pod prowokacyjną nazwą: „Oberża pod psem”. Założyciele Osady Kulturowej w Kadzidłowie (w skład której wchodzi m.in.: mazurska chałupa podcieniowa z XIX w.) i stowarzyszenia na rzecz ochrony krajobrazu kulturowego Mazur „Sadyba”, zajmującego się ratowaniem starych domów.

D: Kiedyś w lato mieliśmy problem z tłumem gapiów, wchodzących do oberży. K: Kiedy przyjeżdżaliśmy na wakacje przychodzili do nas turyści (obok sąsiad na początku lat 90-tych założył prywatny park dzikich zwierząt, który latem przyciąga wiele osób). Pukali nam w okno, mówili, że ktoś mdleje i pytali: czy można poprosić o coś do picia? Czy można skorzystać z toalety? Czy można tu kupić coś do jedzenia? Zrobiliśmy więc w oknie dzwonek i otworzyliśmy mini kawiarenkę. Przywoziliśmy tu wodę w karnistrach (studni tu wtedy nie było) Danka gotowała kompot i go sprzedawaliśmy. Jak ktoś przychodził, dzwonił i przez okienko podawaliśmy napoje, filmy do aparatu, jedzenie. Z czasem zrezygnowaliśmy z okienka i otworzyliśmy w remontowanej jeszcze wtedy obórce kawiarnię. Nie jeździliśmy wtedy na żadne wakacje, tylko inwestowaliśmy w Kadzidłowo.  

  • Share

Comments are closed.

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij